wtorek, 14 marca 2017

   Kaczyński przysięgał "na wszystkie świętości", że o prokuratorskim wezwaniu dla Tuska dowiedział się z gazet.

   Kłamie.

   Oczywiście mógł nie znać dokładnej daty i w tym sensie krzywoprzysięstwa nie popełnił, ale bez wątpienia za całą, od dawna planowaną akcją, stał. Możemy mieć pewność, że za próbą dyskredytacji wroga stoi osobista nienawiść, bo sens polityczny takiego działania był umiarkowany. Ale sam przebieg akcji wynikał z przypadku. Fartem (albo i niefartem) znalazł się sfrustrowany matoł Saryusz, marzący o widowiskowym seppuku i przeszkoda w postaci oskarżeń o sekowanie rodaka została zniwelowana "polskim kandydatem". No i ruszyło.

   Uważnie słuchałem Waszczykowskiego w czwartek rano. Widać było, że ani na moment nie brał pod uwagę zwycięstwa Wolskiego, ale w możliwość przesunięcia wyboru wierzył naprawdę. Ostatecznie taka Unia jest. Ślamazarna, zaplątana we własne kompromisy i wiecznie potrzebująca czasu na ucieranie się decyzji. Prezes zaś akurat czasu potrzebował bardzo, aby prokuratura i propagandziści mieli kiedy akcję dyskredytacyjną przygotować. 

   Błyskawiczne 27:1 cały plan rozwaliło w drzazgi. Pierwszy raz od wyborów PiS znalazł się w głębokiej defensywie. Wielokrotnie testowane na debilnym pisowskim elektoracie odwracanie kota ogonem, czyli ogłaszanie moralnego zwycięstwa w obliczu porażającej klęski, tym razem nie do końca wypaliło. Było to tak idiotyczne, że jeden z pisowskich blogerów napisał "czuję się chory z zażenowania". A prounijny elektorat pisowski poczuł się zaniepokojony nie na żarty. To już przestawało być śmieszne. 

   Teraz prezes się wije i tłumaczy. On z Unii wychodzić ani myśli i chce europejskiego mocarstwa, najlepiej zresztą pod jego światłym kierownictwem. Już uznaje legalność tuskowego wyboru i odżegnuje się od wszelkiej zemsty. Trudno się dziwić. Pospiesznie robione badania fokusowe wskazują na co najmniej trzypunktowe tąpnięcie w sondażach preferencji partyjnych, a w badaniach poparcia dla rządu nastąpił prawdziwy zjazd. Zdaje się, że mamy przełom.

   Niewykluczone, że akurat to PiS zdoła odrobić. Ostatecznie chodzi tylko o odzyskanie ludzi dotąd podatnych na pisowskie manipulacje. Natomiast wykreowanie prawdziwego lidera opozycji do odrobienia nie jest. Oto ulica, zamiast nieskładnie powtarzać dziesięciosylabowe nudziarstwa o samorządach, niezależności sądów, czy Trybunale Konstytucyjnym, skanduje: DONALD TUSK! DONALD TUSK! DONALD TUSK! 

   Ludzie dostali symbol i nadzieję, nie do przecenienia w naszej do bólu personalnej i symbolicznej polityce. A cudownie prosty hasztag #27:1 jest nie do przecenienia w bojach na hasła.

    Spokojny, uśmiechnięty Tusk, z upodobaniem fotografowany jak niesie zakupy bez garnituru i obstawy, bije medialnie na głowę rozwścieczonego, bijącego łapką w pulpit i obrażającego ludzi prezesa. Nie musi nic mówić, a nawet nie powinien. 

   Idzie wiosna. Jak zwykle przychodzi wtedy, kiedy większość straciła nadzieję na doczekanie się końca zimna i szarug.



14:15, starszy58
Link Komentarze (14) »
sobota, 11 marca 2017

   Nie będzie łatwo.

   Byłem ostatnio na dosyć licznym spotkaniu aktywu .N i oczywiście zeszło na wybory samorządowe. Rzuciłem hasło wyborczej koalicji (nie tylko ja), bo już przyjąłem za pewnik, że to jedyne sensowne wyjście. Okazało się, że nie dość, że jestem w mniejszości, to jeszcze napotkałem głuchy opór. Ci z miasta jeszcze się wahali. Ci z mniejszych ośrodków stawiali sprawę na ostrzu noża. 

   Owszem, wszyscy nie znoszą pisu i chętnie by tym kryptonazistom zrobili kęsim. Ale .N powstała nie bez powodu. Zdemoralizowane władzą cyniczne gnoje z PO doprowadziły nas do desperacji swojego czasu. Te bezideowe łajzy tak kochają władzę i te wszystkie synekury i stanowiska, które obleźli jak robactwo, że stało się to głównym, jeśli nie jedynym, motorem ich działania. Co więcej, im dalej od dużych miejskich ośrodków, tym więcej pisowsko - platformerskich układów i układzików. Spotykają się u proboszcza i dzielą etaty i gminne zleconka. Pisowski wójt miewa platformianego zastępce i odwrotnie. Więc wstaje nasz lokalny lider i mówi - "jak chcesz nas w to bagno mieszać (to do mnie) to ja wysiadam. Bawcie się sami"

   No i ma rację. Niby dlaczego ma tracić twarz za bezdurno.

   Platformersi Nowoczesnej nienawidzą. Produkują więcej hejtu na nas, niż kukiz z pisem razem wzięci. Winą nas za utratę tej całej kasy, którą czesali i ani myślą spojrzeć w lustro. Ich propozycje wyborczej koalicji wyglądają tak - "No może i weźmiemy kogoś na NASZE listy, jak będziecie grzeczni". Kogoś z .N, kogoś z KOD-u, a może nawet jakiegoś krzykacza z ruchów miejskich. Tak pragną wrócić do spółek i rad nadzorczych, że nawet na TAKIE ustępstwa gotowi są iść. Cały platformerski aktyw, to etatowcy (lub byli etatowcy) z politycznego nadania. 

    Tłumaczę, że to sprzedajne łajzy, ale jednak łajzy jakoś tam racjonalne i przewidywalne w przeciwieństwie do smoleńskich świrów, ale już widzę, że niewiele z tego będzie. Po "Maderze" PO wróciła do poziomu sondażowego poparcia z wyborów i dosyć im odbiło. Nie są w stanie przedstawić innym uczciwej propozycji, bo liczą na powrót starych, dobrych czasów. I co najważniejsze, wcale nie myślą się zmieniać. Pasuje im traktowanie polityki, jako wiecznej cynicznej gry. Jednak Schetyna - "Frank Underwood po lobotomii" - jest w tym kiepski.

   Oczywiście ciśnienie wytwarzane przez prezesa jest olbrzymie. Z czasem być może i w platformie od tego ciśnienia powstaną diamenty. W czasie pamiętnej niewydarzonej okupacji szeregowi posłowie obu partii dobrze się dogadywali. Gdyby to od nich zależało, już mielibyśmy koalicję przynajmniej sejmową. Nic takiego jednak się nie stało.

   Badania opinii są jednoznaczne. PiS przegra, byle tylko  miał z kim. Oznacza to konieczność zawarcia układu w opozycji przynajmniej w sprawie prezydentów i list do sejmików. Odpowiedzialność za to spoczywa na PO. 

   Ergo - prawdopodobnie doczekamy się pomnika Lecha na każdym placu w tym kraju.



08:46, starszy58
Link Komentarze (37) »
wtorek, 07 marca 2017

   Wygląda na to, że to obecnie my.

   W cieniu wojny polsko-polskiej o Tuska stała się rzecz dziesięć razy ważniejsza. Oto twarde jądro UE ogłosiło, że dłużej na maruderów nie myśli czekać. Bo w tej całej Europie dwóch prędkości chodzi. Nie o to, że jedni do integracji zmierzają wolniej, a drudzy szybciej, tylko o to, że ci lepsi - pierwszy sort - zaczynają robić swoje, bez oglądania się na durniów i ślamazary. Ma być cywilizacyjne centrum i peryferia. Prowincje. Coś bez politycznego znaczenia i łatwe do przehandlowania. 

   Deklarację ogłosiły Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Jeszcze dwa lata temu nie do pomyślenia było, by w tym gronie zabrakło W. Brytanii. I Polski. Czterdziestomilionowego kraju, reprezentatywnego dla całego wschodniego pogranicza. Polski, która europejskich sojuszników potrzebuje jak powietrza. Polski, która dzięki UE miała swój gwiezdny czas.

   Po prostu mam ochotę dorwać jakiegoś pisowca i dotąd lać go po debilnej mordzie, aż pożałuje, że się urodził. Oto psychole i kretyni, fanatyczni nieudacznicy i cyniczne sprzedajne ścierwa wpychają mój kraj w kanał, z którego nie ma dobrego wyjścia. Normalny kraj z dobrymi perspektywami zmienił się w dom wariatów kierowany obsesjami Kaczyńskiego i fantasmagoriami Morawieckiego. W dom  wariatów, gdzie górę wzięli smoleńscy obłąkańcy, a ponury klecha z Torunia bierze miliony za odprawianie pogańskich guseł i szerzenie nienawiści. 

   To się dobrze nie skończy. Nie da się bezkarnie odebrać milionom nadziei na normalne życie. Nie da się w nieskończoność okłamywać prostaczków i przekupywać oportunistów pożyczonymi pieniędzmi. W końcu targowiccy biskupi zawisną. Co z tego. Stracone szanse są nie do odrobienia.

   Redaktorzy czekali na paryski szczyt w nadziei, że coś się w sprawie Tuska wyjaśni. Zamiast personalnych deklaracji pojawiły się pytania. Czy to właśnie zlecona przez prezesa akcja Waszczykowskiego z Wolskim nie skatalizowała procesu dezintegracji? Czy Tusk - zwornik między wschodem i zachodem - będzie jeszcze zachodowi do czegoś potrzebny? Co te dwie prędkości znaczą w przełożeniu na diabelskie szczegóły?. Dowiemy się, a wiedza ta nie będzie miła.

   Poseł Pięta, idiota wyjątkowy nawet jak na pisowca, jest zachwycony. Oto unia upadnie, państwa narodowe porzucą lewackie miazmaty, a on - Pięta - będzie mógł wreszcie w gronie podobnych sobie czubków swobodnie głosić swoją zboczoną wersję chrześcijaństwa. Zniknie zapora na drodze do narodowego socjalizmu i wreszcie będzie można zadekretować przymus słuchania radia Maryja. Poseł Macierewicz melduje wykonanie zadania. Szeregowemu Posłowi wszystko zwisa, bo zbliża się dziesiąty i musi dograć szczegóły comiesięcznego wystąpienia na drabince. 

   A ja puszczam "Odę do radości" i staję na baczność z ręką na sercu. Taka demonstracja. Kto wie, może znów nam tylko Ogiński pozostanie.



13:55, starszy58
Link Komentarze (18) »
czwartek, 16 lutego 2017

    Kiedy powiedziałem ostatnio znajomemu, że nie znam żadnego głosującego na PiS frankowicza, on zaoponował. "A Iksińscy? Przecież oni przez te franki nawet za Dudą agitowali."

    Nie wiedziałem. Ale historię ich długu znam. Byłem przy tym.

    Założenia były spoko. Funkcjonalne 140m2 w miłej typówce z dwuspadowym, blaszanym dachem, budowane na dziedziczonej działce. Rozsądna alternatywa dla własnościowego mieszkania, czy wynajmu. Coś szyte na iksińskich finansową miarę i tanie w adaptacji. Jakieś sto dwadzieścia, sto czterdzieści tysiów, jak się ściskać. No to poszli po kredyt. I teraz i wtedy banki takich jak oni kochają. Para korpoludków średniego szczebla z jednym dzieckiem i spłacających regularnie karty. No i gdy Iksińska zobaczyła wycenę ich zdolności kredytowej, oczko temu misiu się błysło. Obłożyła się katalogami, odwiedziła wszystkie pobudowane koleżanki, wysłuchała starannie opinii wszystkich niepobudowanych. I starannie zignorowała zdanie rodzonej matki. W efekcie zamówiła projekt nowoczesnej, przypominającej barak dwustupiędziesięciometrowej hanchary, przeszklonej i wykończonej wielką szarą płytą elewacyjną. Oczywiście cudo do posiadanej działki nie pasowało. Po pierwsze była za mała, po drugie za płotem był kurnik, a po trzecie trzy domy dalej sąsiad trzymał krowę. Na szczęście parę kilometrów dalej znalazło się świeżo odrolnione 1000m2 w okazyjnej cenie, do tego pod lasem. Obiekcje Iksińskiego Iksińska spacyfikowała mieszaniną focha oraz seksualnego przekupstwa i inwestycja ruszyła.

   Iksiński, człowiek spokojny, pozbierany i rozsądny (przynajmniej dopóki Iksińska nie ściągnęła majtek), fazę stanu surowego przeprowadził sprawnie. Poniosło go tylko w sprawie pompy ciepła, bo naganiacz był naprawdę przekonujący. Trochę się Iksiński zmartwił, gdy mu wyliczyłem, że te pięćdziesiąt kawałków i za trzydzieści lat mu się nie zwróci, ale było po fakcie i pocieszał się ekologicznością wydatku. No bo przecież buduje się na całe życie. Wykończenie wzięła w swoje ręce inwestorka. Robiła piekło kolejnym fachowcom i szalała. Zamiast parapetów z konglomeratu poszedł bajerancki marmur, a sam blat z indyjskiego granitu (prawda, że pięknego) na kuchennej wyspie kosztował piątkę. Nudny gres został zastąpiony hiszpańskim wynalazkiem metr na metr, koszmarnym w układaniu i pewnie koszmarnym w utrzymaniu, bo porowatym. Oczywiście deska barlinecka zamiast paneli, komplet dizajnerskich lamp i kolorystyka wg drogiego projektu modnej wnętrzarki. Kominek z płaszczem wodnym wyniósł umiarkowane dwadzieścia parę, ale praktycznie nie był używany nigdy, bo iksińską irytuje popiół w salonie i brudząca się szyba. No ale buduje się na całe życie.

   W każdym razie nie wymiękli i doprowadzili rzecz do końca. No i oprzytomnieli. Negocjacje z firmą ogrodniczą zerwali, zadowalając się trawnikiem na całości i własnoręcznie sadzonymi iglakami z OBI.

   Teraz sprawy mają się tak. W podwójnym garażu stoi stara Fabia i psująca się wiecznie kosiarka. Razem z Iksińskimi mieszka matka Iksińskiej. Zajmuje się dzieckiem, gotowaniem obiadów i doprowadzaniem do nerwicy Iksińskiego. Ale ta dobra kobieta płaci też od czasu do czasu ze swojej emerytury rachunki za prąd, więc Iksiński nie śmie bałaknąć. Ponoć Iksiński dostał znakomitą ofertę pracy we Wrocławiu. Musiał ją odrzucić, bo "budowanego na całe życie" domu nie sposób na dołku sprzedać przynajmniej tak, by wyjść na zero. 

   Temu wszystkiemu nie franki są winne przecież. Franki tylko pozwoliły fałszywie ocenić długofalową zdolność kredytową. Resztę zdziałała nieśmiertelna babska głupota i luki w męskiej inteligencji spowodowane odpływem krwi z mózgu w inne części ciała. Winny jest też głupi optymizm, napędzany wzrostem na kredyt. No i jakośtobędzizm. Jednostka chorobowa typowa dla pokolenia kart kredytowych.

   Teraz Iksińscy czują się lepiej, bo mają na kogo zwalić. Banki ich oszukały, a na dobitkę PiS ich wychędożył. Może nawet pojadą protestować do Warszawy przed pałac. Pewnie kręcą się też przy pozwach zbiorowych i użalają w towarzystwie podobnych im głupków. Jednego nie robią na pewno. Nie patrzą w lustro.


   Tekst ten dedykuje wszystkim, którym operacja kredytowo - mieszkaniowa się udała, bo dobrze liczyli i zachowali rozsądek. Tak to się robi. 

   No i oczywiście Marzateli, która robi remont. Powiodzenia Marzenko:)



wtorek, 14 lutego 2017

   Forum pod artykułem o modernizacji armii.

Ja: "Albo 500+, albo modernizacja."

"Prawdziwy patriota" do mnie: "Lewactwo nie może przeżyć, że pis pomaga zwykłym ludziom, a nie banksterom," 

   Zsumujmy. Lewak wg pisowca to militarysta, przeciwnik socjalu i zwolennik stabilizowania systemu bankowego przez państwo. Jak tak to ująć, to rzeczywiście. Lewak ze mnie jak cholera.

   Robi się naprawdę śmiesznie.



09:53, starszy58
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 lutego 2017

    Trochę historii (za Sołoninem). W czerwcu 1941 r., w przeddzień niemieckiego ataku, sowieci mieli wszystkiego więcej. Więcej ludzi, więcej czołgów i więcej samolotów. I był to sprzęt lepszy od niemieckiego. Czołgi i samoloty miały lepsze parametry w zasadzie wszystkich kategoriach, a odpowiednika niebywałego czołgu ciężkiego KW Niemcy zwyczajnie nie mieli. Nie jest też prawdą lansowana przez sowiecką, a później rosyjską propagandę teza o totalnym zaskoczeniu. Jednostki były w stanie podwyższonej gotowości od całych tygodni. A nie mówimy tu o oddziałach syberyjskich, czy dalekowschodnich. Potężna sowiecka Armia Zachodnia była skoncentrowana na granicy, a magazyny miała pełne zapasów i amunicji.

   W bitwie granicznej Wermacht Armię Czerwoną rozdeptał. Później gonił ją do samej Moskwy, gdzie powstrzymały go syberyjskie dywizje, mróz, przestrzeń i głupota Hitlera.

   Bo jednego Niemcy mieli więcej. Doświadczonych oficerów wszelkich szczebli. Sowieccy doświadczeni oficerowie siedzieli w gułagach, albo leżeli zakopani pod płotem. Zastąpiły ich gołowąsy, lub partyjni działacze.

   Czy czegoś to nie przypomina? Wojsko Polskie właśnie straciło ponad dwudziestu generałów i ponad dwustu pułkowników. I to nie jakiś emerytów z czasów Układu Warszawskiego. Odeszli oficerowie po natowskich szkołach i po misjach. Weterani z Iraku i Afganistanu. Armią rządzi młody, tłustawy obleś, zasłużony w krzewieniu religii smoleńskiej, a Wodzem Naczelnym jest regularny świr. Programy modernizacyjne stanęły, a błazeńska Obrona Terytorialna pali głupa po lasach i polach. Armia planuje reaktywację Stoczni Szczecińskiej z siedzibą w Radomiu, prawdopodobnie w celu wybudowania lotniskowca.

    Nasza militarna rzeczywistość jest taka, że gdyby nie Ukraińcy po drodze, doniecka zbieranina spokojnie mogłaby zająć Warszawę. Jankesi pewnie utrzymaliby Żagań.

   Zaprawdę powiadam wam - módlmy się o pokój. Nawet ateiści niech się przyłączą na wszelki wypadek. Bo innej ochrony przed wrogiem Polska nie ma. Tylko Najświętsza Panienka. Niestety ma kobiecina sporo roboty z Polakami. Wicepremier Morawiecki właśnie powierzył jej uratowanie gospodarki.

   Może jednak Bukareszt? Zanim Opatrzności się cierpliwość wyczerpie.



10:42, starszy58
Link Komentarze (20) »
czwartek, 02 lutego 2017

    O piątej obudził mnie szum. Padał deszcz. Pierwsze krople z trzaskiem zamarzały na zmrożonym betonie, ale następne tylko chlupotały podkreślając absurdalność pogodowej sytuacji. Lodowo wodną superślizgawkę pokrył w końcu mokry śnieg padający wielkimi płatkami. Pozostało tylko odwołać niepilną wyprawę do znajomego rzemieślnika i zamiast wyprawy do sklepu wyciągnąć kolejne pudełko z zamrożonym bigosem.

  Taki śnieg z deszczem działa na miejską atmosferę jak mokry filtr. Nie dość, że pochłania pyły to jeszcze rozpuszcza w sobie dwutlenek siarki. Ulicami i chodnikami płynie wtedy kwaśna breja, podgryzając podeszwy i opony. W wodzie rozpuszcza się też tlen (niewiele) i dwutlenek węgla. Atmosfera robi się taka bardziej azotowa. Jeden z moich charyzmatycznych wykładowców mawiał, że gdyby do zestawu dodać wysokie ciśnienie, moglibyśmy dostać choroby kesonowej. Co było oczywistą nieprawdą, ale z lubością powtarzały to całe roczniki. Inżynierowie też mają swoje legendy miejskie. 

   Dawniej nawet takie pogody były sympatyczniejsze. Grzała nas młodość, a słowa "osteoporoza" nawet nie znaliśmy. Wpadała moja ówczesna dziewczyna Basia i opowiadała jak to wywinęła orła w spożywczaku, na pokrytej błotem pośniegowym lastrikowej podłodze. Pytała, czy chcę zobaczyć jakiego ma wielkiego siniaka na pupie. Fajna była. Ten, za którego w końcu wyszła miał więcej szczęścia, niż na to zasługiwał. A ja byłem głupszy niż ustawa przewiduje, bo wiecznie poszukiwałem zieleńszej trawy na innych pastwiskach. Było, minęło.

   Na podwórku od trzech lat królują dwie sroki. Są ciekawskie i bezczelne. Wygrały wojnę z wronami o miejsce przy kominie i o prawo do wyjadania Miśkowi ze stojącej na tarasie miski. Misiek usiłował pilnować, ale w końcu machną łapą. Kotka próbowała bez przekonania na nie polować, ale ją wyśmiały. Teraz ostentacyjnie tych ptaszysk nie zauważa. Jedna, trochę mniejsza, regularnie siada za oknem o metr ode mnie i rozprasza mnie przy pisaniu. Przekrzywia ironicznie główkę i się nabija. "I co frajerze, znowu klepiesz o pisie? Strasznie się przejmą." Fakt. Równie dobrze mogę pisać o srokach i lodzie. Albo oburzać się na palenie śmieciami.Grunt, to dać rzeczy słowo. Odpowiednie.

   Można napisać, że zapylenie przekracza pięciokrotnie normę. Można też napisać, że zapylenie spadło o pięć procent w stosunku do średniej wieloletniej. Klęska i sukces w jednej prawdzie obiektywnej. Oto gostek z sortowni śmieci opowiada reporterowi, jakie to surowce odzyskują, jakie polary pomagają wytwarzać i ile wytapia się aluminium z ich puszek. Na koniec dodaje, że wytwarzają też "paliwo alternatywne" "Wow!" - podziwia dosyć głupawy reporter. "Jakie to ekologiczne!" Dobrze dobrać słowo i sieć nieautoryzowanych spalarni sprzedana ludowi. Gdyby gostek powiedział: "Mamy tyle tego gówna, że musimy nim w okolicznych kotłowniach palić", toby zaraz jakieś demonstracje były, a telewizyjni tłukliby oburzoną setkę za setką. A tak "paliwo ekologiczne" i szlus.

   Inny gostek (dosyć paskudny z wyglądu) na tej samej zasadzie głosi, że dopiero on wprowadza prawdziwą wolność i demokrację.


  Czasami marnowanie elektronów na zbędną pisaninę to głupota. Ale też czasami człowiek musi. Na szczęście nie ma przymusu czytania. Ale jak już przeczytaliście to trudno.

11:54, starszy58
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

    Redaktor Kublik wydziwiała w GW nad Komisją Smoleńską. A to, że kupa kasy, a to że zero efektów i takie tam. Oczywistości. Wygląda na to, że redaktorka nie wytrzymała. Tak jak w towarzystwie - chodzi gość powiedzmy z wielką plamą na tyłku o podejrzanym kolorze, a zmówieni uczestnicy milczą poważnie, dając delikwentowi robić z siebie idiotę. Aż wreszcie ktoś "nie wytrzymie" i parsknie. I cała beka spalona przed czasem.

   Ja na ten przykład byłem ciekaw tych eksperymentów z brzozą na samochodzie, czy z modelem zabawką w tunelu aerodynamicznym. Kto wie zresztą jakie szwejkowe bęcwalstwa szanowni komisjanci by jeszcze wymyślili. W naszej ponurej rzeczywistości każda rozrywka dobra. A że miliony? Zwyczajnie musi kosztować.

  Komisja właśnie się dowiaduje, że co innego gadać sobie i się wzajemnie przekonywać w towarzystwie wzajemnej adoracji, a co innego sklecić prawdziwy dowód i to taki, co wytrzyma weryfikacje sceptycznych osób. Mają podważyć znakomicie udokumentowaną i przemyślaną wersję poprzedniej - niesłusznej - komisji, mając w zanadrzu jedynie uprzedzenia i paranoje. Co więcej - ciąży im straszna polityczna odpowiedzialność. Mit zamachowy to polityczny filar Dobrej Zmiany to raz. Sens życia prezesa - to dwa. No to są w panice i desperacji. Stąd ekshumacje i stąd projekty obłąkańczych i wściekle drogich eksperymentów. Stąd kompletnie niezrozumiałe dla fanów unikanie wyprawy na wizję lokalną do Smoleńska. Mają pewność, że to nic nie przyniesie, a zniknie kluczowa wymówka. A Rosjanie bawią się świetnie i podpiekają matołków na wolnym ogniu. 

   Nie do pozazdroszczenia, ale sami chcieli. Kasa jest z tego przyzwoita, a robota póki co stabilna. A dotąd szanowna komisja była jedynie podszczypywana, a lud pisowski stał za nią murem. Aż tu taka Kublik.

   Jeszcze pół roku temu pod takim artykułem trolownia pisowska urządziłaby sabat. Oto lewacy, zdrajcy i komuniści stoją na drodze do odkrycia strasznej prawdy, a ciężko pracujący dla ojczyzny patrioci są przez tą żydówkę i zdzirę Kublik obrażani. Jeszcze pół roku temu. Teraz jeden czy dwóch popiskuje cicho i bez przekonania. Stara śpiewka - jesteśmy o krok od przełomu. Czyli to, co prezes powtórzy dziesiątego lutego i jeszcze paręnaście razy. 

   Cóż - koń jaki jest każdy widzi. Po paru latach debat w Zespole Parlamentarnym i po roku dysponowania przez komisję  bez ograniczeń aparatem państwa, nawet szczerzy wyznawcy wymagają jakiś efektów. Efekty zerowe boleśnie nadwyrężają smoleńską wiarę i redukują kręgi akolitów. Bardzo to ciekawe. Bez powagi oficjalnego dochodzenia wiara w zamach spada do kategorii "Elwis żyje" i siła polityczna tej wiary ulega erozji. Co za tym idzie ulega erozji siła polityczna Macierewicza. I to w sytuacji bardzo źle przyjętego przez lud karambolu, a nawet otwartych oskarżeń o pederastię (Ziemkiewicz). Antoni wygląda na pierwszą cegłę, którą da się wydłubać z pisowskiego muru. A stawiałem na Waszczykowskiego. 

   Ja wiem. Sprawy stoją paskudnie. Opozycja skłóciła się i sondażowo dołuje. Kijowski seryjnie popełnia "niezręczności", ten z PO (nazwiska zapomniałem) to nielotny kabotyn, a żonaty Petru bzyka mężatą koleżankę (przynajmniej ładną i kobietę). Nic to. 

   Idzie wiosna.



10:49, starszy58
Link Komentarze (19) »
piątek, 20 stycznia 2017

    Lat temu parę oglądaliśmy TV w towarzystwie pary farmaceutów. Program jak program, ale z reklam mieli aptekarze bekę co się zowie. Telewizor: Nasz specyfik zrobi cuda dla twoich stawów, bo uzupełnia kolagen. Pigularz: Jasne. Jak zjesz tonę przez miesiąc i od tego nie zdechniesz. Telewizor: Nasze pigułki zlikwidują uporczywe zaparcia. Ja: Też nie działa? Oni: Nie działa, jak masz szczęście. Jak zadziała to kibel rozwali i odwróci kiszkę stolcową na lewą stronę. Nie mam zamiaru przenosić bloga do kategorii "Tylko dla dorosłych" więc nie zacytuję opinii farmaceutki o żelu do infekcji intymnych.

   Oczywiście, ci ludzie reklamę parafarmaceutyków jak najbardziej popierali, bo z tego żyli. Odreagowywali tylko przy gorzałce życie w aptekarskiej postprawdzie.

   Przeciętny obywatel z dumą oznajmia, że kto jak kto, ale ON nabierać się nie daje. A za chwilę nabywa za siedem pięćdziesiąt tabletki musujące z mikroelementami. Plasterek selera ma tych mikroelementów więcej, ale koleś wcale nie ma poczucia, że został wychędożony. Może nawet rzeczywiście czuje się lepiej, bo taka jest siła efektu placebo. 

   Postprawda to specyficzny rodzaj kłamstwa. To kłamstwo skierowane do tych, co tak pragną uwierzyć, że ani im w głowie najprostsza weryfikacja. Postprawda, to prawda prymitywów i prostaczków. Coś, co wyjaśnia świat wyborcom Trumpa i prezesa. Osobliwie widać to na przykładzie fenomenu Smoleńskich. "Zamach" to skompromitowana bzdura i brednia, ale w ich świecie zamach musiał być, wiec towarzysz Antoni może debilków ładować w chuj jeszcze przez pół wieku. A prezes może jeszcze latami oznajmiać dziesiątego, że straszna prawda wyjdzie najdalej za miesiąc.

   Jasne, i my miewamy swoje postprawdy. Wierzymy w generalnie dobrą naturę człowieka, w to że muzyka łagodzi obyczaje, a niektórzy nawet w prognozy pogody. Tak jest łatwiej żyć. Taka jest ludzka natura. Ale w naszych postprawdach nie ma zacietrzewienia i nienawiści. Co najwyżej naiwność.

   W każdym razie tak było. Bo gdy gnoje masowo podnieśli głowy i swoją głupotę i przesądy uznali za dowód własnego geniuszu, a wszystkich przeciwnego zdania uznali za zdrajców, to sielanka się skończyła. Smród powracających totalitaryzmów zaciska dłoń w pięść i każe umysłowi segregować fakty, pomijając te niewygodne. To samoobrona, ale czyż da się wrócić do stanu przed? Mam czarne myśli.

   Bo to jest tak, że nie da się już bez walki obronić naszej europejskiej tożsamości, zasad liberalnej demokracji i choćby wolności słowa i państwa prawa. A wojna to wojna. Prawda obrywa pierwsza. 

   Postprawda tryumfuje a pokojowi idealiści chowają się przerażeni po kątach.



     

   


12:17, starszy58
Link Komentarze (15) »
sobota, 31 grudnia 2016

   Można oczywiście założyć, że z głosowaniem na Sali Kolumnowej było wszystko w porządeczku i da się to pięknie udowodnić w oparciu o nagrania. Wtedy całe to zachowanie prezesa i przydupasów w rodzaju Selina (kiedyś przyzwoity człowiek) byłoby zrozumiałe. Podpuścić opozycję i media, skłonić do stanowczych oświadczeń, a następnie triumfalnie udowodnić swoją rację. Brudna gierka na miarę paranoicznego i pokręconego umysłu prezesa. Można.

   Jednak w kategoriach prawdopodobieństwa mówimy o stosunku jeden do stu. Nieudacznikom i to się popieprzyło. Idą w zaparte. Kworum nie było. Materiał TVN razem z brakiem imiennej listy i odmową udostępnienia nagrań to przesłanki w rodzaju ryby w butelce z mlekiem. Mleczarz jednak dolał wody z rzeki.

   Tylko tyle, że kaliber przekrętu, to Trybunał Konstytucyjny razy dziesięć. Bo to już nie o opozycję idzie. Idzie o wadę prawna dwóch znaczących ustaw. Pierwsza to dezubekizacyjna. Mało ważąca budżetowo, ale spektakularna. Otóż każda kancelaria adwokacka w kraju i każdy pojedynczy papuga rozważa teraz reprezentowanie skaleczonych ustawą byłych pracowników MSW. Był czas, kiedy nienawidziłem gnoi. Teraz będę im kibicować. A w sprawach o kaskę łatwych kompromisów nie ma. Rząd polegnie i to nie raz, a tysiące razy. No po prostu znakomite posunięcie piarowe.

   Natomiast konsekwencji uchwalenia budżetu z wadą wprost nie można sobie wyobrazić. Tu już nie osoby o wątpliwej jednak reputacji, ale samorządy, instytucje i firmy będą podważać w sądach i w arbitrażach wszystko, co im nie pasuje. A agencje ratingowe właśnie ekspresowo korygują to, co miały ogłosić w styczniu.

   Pisowcy niech się nie łudzą, że gołosłowne zaklinanie rzeczywistości pomoże. Tutaj ciężar dowodu spoczywa na parlamentarnej większości. A brak takiego dowodu to nie kwestia krzyku opozycji, tylko kwestia dziesiątków tysięcy indywidualnych decyzji gospodarczych. Prezesowi może to zwisać, bo on bohatersko poświęci dobro innych dla własnej wizji, ale mi osobiście nie jest do śmiechu. Będę wśród tych milionów, których potencjalna zapaść dotknie osobiście.

   Nie warto nawet pytać, po co smoleńscy rozpętują kolejną idiotyczną wojnę. Tak mają i tyle. Bez wroga nie istnieją. Wróg ich definiuje, bo sami nie przedstawiają żadnej wartości dodanej. Przynajmniej w sensie cywilizacyjnym.

   Rok temu na tym blogu uprawiałem nieznośne nawet dla mnie czarnowidztwo. A tu niespodzianka. Okazało się. że byłem naiwnym optymistą.



07:44, starszy58
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
NAPISZ DO MNIE
Email me